środa, 16 listopada 2011

refleksyjny jeden

Gdzieś tam głęboko w nas powoli zacierają się granice pomiędzy zdrowym
rozsądkiem a "siedzą, piją, lulki palą". I to nie chodzi już tylko o
zamiłowanie do melanżu.. Chodzi o ogólnie rzecz biorąc szaleństwo. A co
w dzisiejszych czasach jest szaleństwem? Np. starsza siostra zostawiająca
w wielkim mieście młodszego braciszka na przystanku autobusowym tylko
dlatego, że biedaczek nie chce iść do jej kolegów, którzy ignorowali go
cały wieczór w kinie nie odzywając się do niego przez cały seans
praktycznie ani razu (szok!) a jeszcze na sam koniec nie zabrali go na
mc zestaw do Mc syfa albo innego fast burgera. Szaleńcem w tym kraju
jest człowiek, który robi to co kocha, mimo że nie zarobi na tym nawet
na chleb dla siebie ani na prezerwatywę dla siebie a w konsekwencji na
chleb dla swoich dzieci. A przecież kurwa nie zapominajmy, że człowiek
o ile nie powstał z prochu to się od małpy wywodzi a małpie zachowanie
wydaje się być trochę postrzelone zwłaszcza w kręgach "zesraj się a nie
daj się i udawaj, że się nie zesrałeś". Idź na studia, po których
będziesz zarabiał.. Wtedy będzie cie stać na to co musiałeś sobie
odpuścić w latach młodzieńczych. Problem w tym, że to co sobie odpuściłeś
smakuje tylko w latach młodzieńczych. I ty doskonale o tym wiesz dlatego
pragniesz tego szaleństwa, dążysz do niego.. I w pewnym momencie
dochodzisz (pókiś młody) do wniosku, że już sam nie wiesz co szaleństwem
jest a co nie i czy w szaleństwie jest metoda. Jest.. Z tym, że znaleźć
złoty środek jest wręcz niewyobrakurważalnie ciężko. Jak dobrze być
pierdolniętym w głowę? Jak robić to, żeby być szczęśliwym i żeby ludzie
nie mieli cie za debila i nie zamkneli w pokoju bez klamek? A jeśli
znaczenie słów świr, szajbus, wariat, pojeb ma tak szerokie spektrum to
kim jesteśmy? Wiem, że łatwo to napisać ale bądźmy sobą i szukajmy tej
recepty na szczęście.. Leki na to nie będą refundowane ale trzeba
zapłacić słono żeby kurwa.. nie zwariować?

niedziela, 6 listopada 2011

za rok może dwa schodami na.. Kitch

No i pierdolnęły te schody. Afera jak nie wiem.. Bo nie dość, że tam się
pedały walą to teraz też schody. A w ogóle ostatnio nie mieli na
Wielopolu dobrego PR bo to wszystkie protesty o to co to tam się w bramach
nie wyrabia, kiedy to już wszystkie normalne kluby w rynku pozamykane a
tam jedynie otwarte. Dla mnie to w sumie tylko powód do śmiechu gromkiego
oraz do śmiechu gorzkiego, no bo w końcu tam ludzie zginąć mogli. Nie
odwiedzam tych rejonów więc nie jestem w stanie sobie wyobrazić rozmiarów
tragedii ludzi, którzy stali 3 godziny na tych jebanych schodach by wejść
do klubu a tu nagle jeb i już nie ma stopnia żeby się wespnąć.
What the fuck?! Wojciech na tych schodach był w owym feralnym momencie..
Jak sam twierdzi najebany na tyle, że gdy już wylądował w jakiejś kupie
gruzu i otrzepał się z pyłu to dołączył do grupy skandującej "chcemy więcej!".
What the fuck again?! A 2 tysiące luda ewakuowano przez patologiczne
mieszkania w owej kamienicy tylko dlatego że jedno z nich dzieliło balkon
z klubem Łubu-Dubu (jak to brzmi!). Wyjebano okno mieszkania i w długą na dół
do wszechobecnej psiarni z nadzieją, że dostanie się za całą akcję jakiś
becel (NI-CHU-JA).
Wyżej wspomniany Wojciech (szacun!) stał się już dla mnie poniekąd
symbolem upadku pewnej ery. No bo kurwa nie ma chuja żeby to otwarto
ponownie.. Chyba, że po gruntownym remoncie ale nawet wtedy w ludzkich
głowach pozostanie widok lecących na łeb i na szyję panienek w szpilach i
koszulkach z za dużymi dekoltami i kolesi w koszulach z "łizełwd" bądź Zary.
Więc póki co Kitchu nie ma i go nie będzie. Pytanie jak długo w Krakowie
trwać będzie techno-disco-pedzio-dancowe bezkrólewie..

środa, 2 listopada 2011

święta, święta i po świętach...

No tak moi drodzy. Niestety wolny od wszelkich zajęć dzień 1 listopada
skończył się równie szybko jak się zaczął. Mi osobiście udało się
szczęśliwie nie spotkać żadnego znajomego na cmentarzu, który zapytałby
"hej, przyszedłeś na groby?" a ja chcąc nie chcąc musiałbym odpowiedzieć
"nie stary.. sprzedają tu zajebisty popcorn i watę cukrową, a nasza
ulubiona knajpa dzisiaj nieczynna" (z tą watą i popcornem to nie żart!
naprawdę sprzedawano przed cmentarzem takie cuda) oraz niepostrzeżenie
położyć zapalone znicze na grobach bliskich, moich znajomych. Jednak
nie oszukujmy się, że Wszystkich Świętych dla większości z nas nie ma
żadnego wymiaru katolickiego. Dla nas to okazja by mieć wolne, spotkać
się ewentualnie z rodziną i pójść na cmentarz gdyż dzień w którym powinno
się to uczynić modląc za zmarłych nie jest wolny od pracy i nauki. Zatem
trwamy w zadumie owego pierwszego dnia listopada kiedy to wg. kościoła
powinniśmy radować się, iż tyle duszyczek okazało się być świętymi,
tudzież błogosławionymi. Co mnie zastanawia.. Dlaczego listopad? Jest
kurwa zimno! Przyrodzenia panów stojących na cmentarzach kurczą się do
takich rozmiarów o których nie śniło im się w najgorszych koszmarach.
A dlaczego? Dlatego, że nikt nie jest ubrany na zimę, każdy na jesień i
poubierany najczęściej w garnitury płaszczyki i cwaniaczki co nie sprzyja
zdecydowanie. Bo to chuj wie jaka to będzie pogoda.. I tak faktycznie
fajnie to wygląda jak liście z drzew spadają lampiony się palą, szybko
robi się ciemno.. Ale na cmentarzach polskich to po ciemku idzie kurwa
się połamać, nabawić traum wszelakich a w najlepszym wypadku zabić się.
Dlaczego więc 1 listopada nie jest 1 lipca na przykład? Chociaż kurwa z
pogodą w Polsce.. Każdy musiałby mieć ogień olimpijski aby deszcz zniczy
nie zgasił.